wtorek, 29 maja 2012

1 - "Where will I find my place?"

Postanowiłam podejść bliżej, żeby się upewnić, że to na pewno on. Uczepiłam się białej marynarki, żeby nie stracić go z oczu. Jeszcze tylko jedne światła, i.. kurde! Gdzie on jest?! Przeczesałam wzrokiem ulicę, i ludzi mnie otaczających, ale żadnych czerwonych rurek tam nie zauważyłam. Wydęłam usta, i niezadowolona ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego. Ale jak to możliwe? Przecież cały czas śledziłam go wzrokiem. Jak mógł mi umknąć? Rozejrzałam się jeszcze dookoła, ale i tym razem wynik poszukiwań mnie zawiódł.
Równo co stanęłam na przystanku, nadjechał mój autobus. Wsiadłam do niego, i natychmiast mnie odrzuciło. W środku było tyle ludzi, że nie było mowy o przejechaniu więcej niż jednego przystanku. Tak więc, grzecznie przepuściłam ludzi wysiadających, a sama postanowiłam przejść się pieszo.
Miałam do wyboru dwie drogi: Albo plażą, albo miastem. Normalnie oczywiście plaża byłaby na pierwszym miejscu, lecz dzisiaj... Miałam nadzieję, że może zobaczę jeszcze tego kawiarnianego chłopaka.
Ruszyłam Figueroa Street, i po drodze postanowiłam wstąpić do Milk Shake City. Miałam nadzieję, że w budynku gdzie dają coś mrożonego będzie trochę chłodniej. No i, miałam rację. Gdy tylko pchnęłam drzwi owionęło mnie zimne powietrze. Odetchnęłam głęboko, i podeszłam do kasy. Był taki duży wybór, że nie mogłam się zdecydować. W końcu wybrałam jakiś zwykły czekoladowo-truskawkowy. Postanowiłam, że nie będę tu siedzieć. Im szybciej znajdę się w domu tym lepiej. Poza tym, nie miałam teraz głowy do obczajenia otaczających mnie ludzi, co - gdybym została - na pewno by się zdażyło.
Wyszłam na zalaną słońcem ulicę. Dookoła mnie ludzie wszędzie się śpieszyli - Ja wręcz przeciwnie. Chciałam się jak najdłużej delektować tą chwilą. Wolność! Tylko to słowo krążyło w mojej głowie.

Otworzyłam drzwi do klatki schodowej, z uśmiechem malującym się na twarzy. Nie wiadomo dlaczego dostałam nagłego ataku szczęścia. Może to z powodu końca roku szkolnego i początku wakacji, może z powodu słońca, a może dlatego, że w mojej głowie wciąż krążył widok tych zielonych oczu nieznajomego chłopaka. Może wszystkiego po trochu. Weszłam do windy czując nagły przypływ klaustrofobii. Wyszłam już w gorszym.
Nacisnęłam klamkę, ale zamek nie odskoczył. Zamknięte. Tak więc sięgnęłam do torby po klucze. Usłyszałam szczęk, i po chwili drzwi stały przede mną otworem. Zdjęłam buty, zostawiłam torbę w przedpokoju, i ruszyłam w stronę salonu.
Otworzyłam okno, i zaraz je zamknęłam. Zapomniałam, że na zewnątrz jest taki upał.
Rozwaliłam się na kanapie, i włączyłam TV. Przeleciałam kanały, ale nic ciekawego nie było. Więc go wyłączyłam, i rozłożona wygodnie na kanapie, zamknęłam oczy.
Od dłuższego czasu już czułam, że nie należę do miejsca w którym żyję. Tak, czułam się tu dobrze, i swojsko, lecz... To nie było to słynne" Nie ma to jak w domu". Nie mogłam tego miejsca nazwać domem. Dla mnie to było miejsce, do którego wracałam na noc, w którym jadłam, w którym jak narazie mieszkałam. Po skończeniu szkoły chciałam uciec. Nie wiem gdzie, ale postanowiłam, że tu nie zostanę. Będę szukała swojego "azylu" tak długo, aż poczuję, że gdzieś przynależę. Gdzie poczuję się, jak u siebie. Wiedziałam, że zanim znajdę takie miejsce, będzie musiało minąć trochę czasu. Tak łatwo nie znajduje się miejsca do życia. Miałam oczywiście na celowniku różne miejsca jak Nowy Jork, Arizona, czy chociażby Alaska - narazie moje plany nie wybiegały przed USA. Miałam wrażenie, że to tu powinnam być. Być może się myliłam, ale człowiek uczy się na własnych błędach. Nie wyobrażałam sobie siebie w chociażby Londynie. Bez "Obamy", bez "ThanksGiving", otoczona tylko czerwonymi autobusami. To była zupełnie odrębna kultura, odrębni ludzi, odrębny świat. Świat do którego nie należałam, do którego nie miałam wstępu. Co prawda słyszałam, że Londyn, i w ogóle cała Anglia jest świetna, ale jak narazie nie miałam możliwości wypróbować tego na własnej skórze. O ile mnie pamięć nie myliła, to chyba mi się kiedyś omsknęło o uszy, że mam tam jakąś daleką ciotkę, czy kogoś. Ale nigdy nie myślałam o tym na poważnie.
Z zamyślenia wyrwał mnie dźwięk otwieranych drzwi, i kroki w korytarzu.
- Cześć kochanie!
Znajdowałam się w stanie bliskim odrętwienia. Mój mózg nie zarejestrował od razu że ktoś coś powiedział.
- Bonnie?? Skarbie, jesteś?
Ogarnij się, pomyślałam.
- Tak mamo. - Wychrypiałam. Od dłuższego czasu bez mówienia, mój głos brzmiał trochę dziwnie. Odchrząknęłam.
- Przepraszam, nie słyszałam Cię.
- O, tu się schowałaś. - Mama klapnęła ma fotel. Jednak ja nie ruszyłam się z miejsca.
- Wszystko w porządku, skarbie? - Zapytała niby z zaciekawieniem, ale w jej oczach tliła się podejrzliwość.
- A co ma być nie w porządku? Wszytko jest tak jak ma być tylko jestem zmęczona. - Starałam się sprawiać wrażenie sennej.
Ruszyłam w stronę pokoju, z zamiarem zabrania się za naukę. Biologiczka zapowiedziała na jutro sprawdzian. Masakra, pomyślałam krzycząc do mamy "Jak by co to jestem u siebie", i jednocześnie zamykając drzwi.
Usiadłam przy biurku, wyjęłam książki od biologii, i zabrałam się za przerabianie danego materiału. Niektóre zdania czytałam po parę razy. Mój mózg nie rejestrował od razu. Wzrok prześlizgiwał mi się po tekście, po paręnaście razy.
Nagle zadzwoniła komórka, na co zaskoczona podskoczyłam chwilowo przyzwyczajona do błogiej ciszy, i miarowego oddechu.
- Halo? - Zapytałam.
- Bonnie?!  - To był głos Clarie.
- Tak. - Zapytałam podtrzymując telefon tylko ramieniem, gdyż moje ręce nadal były zajęte notowaniem, i przewracaniem kartek.
- Cześć! Musimy porozmawiać.
- Okej, no.. no to mów, o co cho...
- Nie. To nie jest rozmowa na telefon. Musimy pogadać w cztery oczy. Mogę wpaść do ciebie?
- Hmm.. jasne. O której?
- Około 19? - Zapytała z nadzieją.
- Ok, ale powiedz o co...
Nie dane mi było dokończyć. Rozłączyła się.
Odłożyłam komórkę trochę zdezorientowana. Nie umiałam odgadnąć tonu jej głosu. Brzmiał trochę desperacko, ale też... niespokojnie. Dobra, pomyślała. Dowiesz się po siódmej. Postanowiłam jeszcze wrócić do tekstu, ale teraz tym bardziej nie potrafiłam się skupić.
W końcu dałam za wygraną, i odłożyłam książkę na bok. Wstałam i poszłam do kuchni. Otworzyłam lodówkę, z zamiarem wzięcia czegoś zimnego do picia. Nie było nic oprócz Dietetycznej Coli.
chwyciłam szklankę, dosypałam trochę kostek lodu, i wlałam napój.
Trochę mnie to orzeźwiło. Przeszłam do salonu, i spojrzałam na zegarek - Siedemnasta trzydzieści. No to mam jeszcze półtorej godziny do przyjścia Clarie.
Pierwszą myślą, w związku z wolnym czasem, było oczywiście TV. Zastanowiło mnie tylko gdzie jest mama. Ale po paru wołaniach " Mamo" i znalezieniu na stoliku do kawy małej karteczki wszystko okazało się jasne.

                        Kochana Bonnie,
           Lizzy wyciągnęła mnie na zakupy. Podobno są jakieś wyprzedaże. 
        Nie czekaj na mnie z kolacją, zaproś Clarie, czy kogoś. W każdym razie, będę późno. :)
           Kocham!
         Mama. 

No tak. Lizzy, to była przyjaciółka mamy. Wiecznie młoda, i powabna. Cieszyłam się, że mama ma kogoś kto jeszcze pamięta jak to jest być szalonym.
Tak więc zrealizowałam mój wcześniejszy plan i włączyłam czarne pudło. Akurat leciał jakiś film biograficzny Lubiłam dowiadywać się czego nowego o ludziach, więc nie przełączyłam. Zresztą, zawsze dziwiło mnie, dlaczego ludzie zyskują większą sławę po śmierci, niż za życia. Dlaczego na życiorysie tych najlepszych zarabia się najwięcej. Ten był akurat o Michael'u Jackson'ie. Byłam naprawdę jedną z nielicznych osób w moim wieku, która lubiła jego muzykę, jeszcze przed tym jak umarł. Byłam prawdziwą fanką jego talentu zarówno wokalnego, jak i tanecznego i aktorskiego.
Po godzinie przyszła Clarie. Zamówiłyśmy pizze i zaczęłyśmy gadać.  Tak jak zwykle chodziło o jakiegoś chłopaka. Zakochał się. Ona go odrzucała. Potem się sama zakochała. I on ją odrzucił - całe życie ten sam scenariusz.
Gdy postanowiła, że nie będzie mi już przeszkadzać, zaryzykowałam dalszą paplaninę, i odprowadziłam ją.
Mieszkała na drugim osiedlu, zaraz za parkiem. Piechotą dochodziło się tam w 15 minut. Zresztą, z dojściem nie było problemu. Byłyśmy razem, i to nam dodawało otuchy. Ale wrócić, już musiałam sama. Trochę przerażała mnie perspektywa ciemnego parku, to była jedna z tych mrocznych części L.A.
Byłam już w połowie drogi, jak usłyszałam za sobą kroki. Odwróciłam się ale nikogo za sobą nie zauważyłam. Ruszyłam ponownie. Znowu kroki, i wyraźny przyśpieszony oddech. Przyśpieszyłam. Już nieźle mi się strach w oczach czaił. Nagle ktoś zawołał.
- Hej mała!
Nie doczekał się odpowiedzi.
- Hej nie uciekaj!
Oby to nie było do mnie, oby to nie było do mnie, modliłam się w duchu. Jednocześnie coś mi mówiło " Nie możesz się bać! To ich tylko zachęci".  Po wysłuchaniu obu wersji, skorzystałam z drugiej, pokonując swój już prawie paniczny strach.
Stanęłam w miejscu. Kroki też ucichły. Powoli odwróciłam się.
Kolesiów było dwóch.
- Ej, ładniutka jesteś - Jeden z nich, wyglądający na około trzydziestkę, podszedł do mnie. Czuć było od niego alkoholem.
- Nie dotykaj mnie. - Wydusiłam z siebie, gdy dotknął kosmyka moich włosów.
- Taka jak lubię. Piękna i niegrzeczna. 
Zza krzaków wyszło jeszcze dwóch innych mężczyzn, którzy tylko szyderczo się uśmiechali na widok mojej wykrzywionej strachem twarzy. Do głowy mi przyszło, czy to nie jest przypadkiem jakiś zły sen? Widać na pierwszy rzut oka, że mają nade mną przewagę, i liczebną i fizyczną.
Zamknęłam oczy, czekając na ból, ale nic się nie działo. W końcu tylko zmrużyłam jedno oko, i zobaczyłam... JEGO! TAK TO ON! Z tymi swoimi lokami, i w czerwonych rurkach. Za nim szło z czterech innych, chyba w jego wieku.
Napastnicy zaraz się wycofali.
- Co wy też chcecie się zabawić? - Zapytał facet.
Na to Loczek podszedł do niego, i z całej siły walnął go w twarz. Krzyknęłam.

Obudziłam się na ławce w paku. Nade mną siedział nieznajomy. Po reszcie nie było śladu.

//Berry

sobota, 26 maja 2012

Prolog

Moje głowa oparta o szybę w jakiejś głupiej kawiarni w Los Angeles, nawet nie pamiętałam o jakiej nazwie. Za oknem, w parku siedziały pary, staruszkowie, i osoby takie jak ja - same. Jednak najwięcej było rodzin. Dwoje rodziców, dzieci. Uśmiechnięci, radośni. Zazdrościłam im z całego serca. Chciałam tak jak te maluchy, spędzać czas z rodzicami, czując ich miłość, być szczęśliwą. Ale nie, ja musiałam pochodzić z jakiejś patologicznej rodziny. Nie, no dobra patologiczna to za dużo powiedziane. Mama nigdy nie była bogata. Tata wręcz przeciwnie. W czasie rozwodu miałam jakieś 7 lat. Teraz mam o dziesięć więcej, i nie czuję żeby coś się zmieniło w moim życiu. Tata cały czas daje mi drogie prezenty, myśląc że gadżety mogą mi zastąpić rodzicielską miłość. Szczerze mówiąc to nigdy tak naprawdę nie czułam więzi z ojcem. Postać w moim życiu - nikt szczególny. Po prostu ktoś był i tle.
Z mamą było inaczej. Mama była zawsze kochająca i cierpliwa, dla tak psychicznie pobudzonego dziecka jak ja, ale przestała się mną interesować 3 lata temu, gdy poznała swojego "faceta". Gościu o 5 lat od niej starszy. Nie powiem, spoko koleś. Nie próbuje nic na siłę. Cieszę się że mama znalazła kogoś takiego Ale jednak to nie to samo co tata.
Co do rodzeństwa, to moi starzy nigdy się jakoś specjalnie nie postarali, żebym nie była jedynaczką. Zresztą po co im kolejne dziecko było? Tylko drugi rozkapryszony bachor, co nic nie robi tylko marudzi.
- Proszę, oto pani cola.
Niechętnie oderwałam twarz od szyby, i nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na kelnerkę. Ta tylko popatrzyła na mnie pytająco, na co wzruszyłam ramionami.
Odeszła.
No nic, pomyślałam i chwyciłam słomkę w palce. Chlipałam powoli cały czas zapatrzona gdzieś w przestrzeń. W ogóle nie dostrzegałam nikogo, z otaczających mnie ludzi. Nagle w kieszeni moich spodni coś zawibrowało.
Wyjęłam telefon i odczytałam smsa "Bonnie! Gdzie jesteś?! Mecz już się zaczął! Nie wiem jak to wytłumaczysz Smith'owi, ale lepiej się pośpiesz"
O cholera! Mecz. Kompletnie zapomniałam. Szybko dopiłam colę, i sprintem ruszyłam w kierunku wyjścia. Z rozpędu wpadłam na jakiegoś chłopaka w czerwonych rurkach, i białej marynarce. O mało co bym się przewróciła, ale nieznajomy złapał mnie w pasie, i do wypadku nie doszło. Gdy wreszcie stanęłam na własnych nogach, spojrzałam mu w oczy i już otwierałam usta żeby przeprosić, ale na raz odebrało mi mowę. Chłopak miał tak niesamowicie zielone oczy, że nie sposób było oderwać od nich wzroku.
W końcu się ogarnęłam.
- Przepraszam bardzo, ale..
- Nie, nic się nie stało. - Uśmiechnął się szeroko, pokazując rządek białych zębów.
- Ale prawie cie przewróciłam.
- Nic się nie stało, naprawdę. - Tutaj do mnie mrugnął. 
- O.. okej. - Czy ja się naprawdę zająkałam? Jeszcze przy nikim mi się to nie zdarzyło.
Wyminęłam go szybko i wyszłam na zewnątrz. Było parno, duszno. Ciężko się oddychało. Zresztą jak zawsze w lato w L.A. Byłam przyzwyczajona. Przebiegła na drugą stronę ulicy, zeszłam do podziemi, skręciłam w lewo, i wyszłam na górę. Szłam tylko jeszcze jakieś 10 min osiedlami, i alejkami, aż w końcu stanęłam w bramie mojej szkoły cała zdyszana, i zmęczona. Poszłam na boisko. Clarie miała rację, mecz już trwał. Zarzuciłam swoje długie ciemne włosy i ułożyłam je tak, aby zasłaniały mój profil.
Nie patrz, tylko tu nie patrz, modliłam się w duchu, błagając żeby Smith'owi nie zachciało się podziwiać boku szkoły.  Weszłam na trybuny i zobaczyłam Clarie stojącą i krzyczącą do mnie na całe gardło.
-  Tutaj! Bonnie, mam dla ciebie miejsce!
- Ciszej, Clarie! Pali się czy co?! - Powiedziałam, szybko do niej podchodząc.
Ta tylko zrobiła obrażona minę i odwróciła głowę w stronę boiska. Ja zajęłam miejsce obok niej, i położyłam torbę pod nogami.
Po jakimś czasie się zorientowałam, że wygrywamy. No tak. To że graliśmy u siebie, wyraźnie podbudowywało naszą drużynę.
Wygrana była gwarantowana, właściwie musiałby się stać cud, żeby przeciwnicy wygrali. Po spodziewanym wyniku, i zakończeniu meczu, starałam się wymknąć jakoś bokiem czy coś, żeby mojemu chłopakowi nie przyszło namyśl mnie szukać.
Na nic się zdały moje modły, i nadzieje. Gdy stałam w bramie ktoś krzyknął moje imię.
- Bonnie!
- Tak - Skrzywiłam się, powoli odwracając głowę.- Smith?
- Ej, gdzieś ty się podziewała? Szukałem cię.
- Byłam cały czas na trybunach, a potem szłam prosto do wyjścia. Nie widziałeś mnie pewnie przez ten tłum.
- Ale byłaś od początku? - Spojrzał na mnie z powątpieniem.
- Taaak. Jak już mówiłam dużo ludzi dzisiaj.
- No tak.. Możliwe...
Odwróciłam się napięcie, i ani razu nie odwracając głowy szybkim krokiem ruszyłam w kierunku domu.
Kurde, myślałam. Jak on mnie wypatrzył? Gdzie zrobiłam błąd?
byłam ze Smith'em or pół roku. Był świetnym chłopakiem, ale.. Nie czułam żeby łączyło nas coś więcej. Nie umiałam sobie wyobrazić siebie  nim za 5 lat. To było tylko młodzieńcze zauroczenie.
wydawało mi się też, że on za bardzo się angażuje w ten związek. Że oczekuje czegoś więcej. Co prawda byliśmy w tym samym wieku, jednak ciągnęły nas zupełnie odmienne rzeczy. Interesowało co innego.
Moje rozmyślania przerwał widok, białej marynarki. Czyżby to był... ten chłopak z kawiarni?

I jak? Komentarz?

   //Berry


piątek, 25 maja 2012

Postacie :)

Bonnie - Zwykła amerykańska nastolatka która wkręciła się w złe towarzystwo. Mieszka w złej dzielnicy, postanawia coś zmienić w swoim życiu.
Clarie - Dziewczyna uważana z płytką i plastikową, tak naprawdę jest bardzo wrażliwa choć gra twardzielkę. Jest najlepszą przyjaciółką Bonnie.
Harry Styles -1/5 zespołu One Direction. Szuka idealnej dziewczyny. 
Zayn Malik - Bogaty, trochę rozkapryszony. Uzależniony od imprez. 
Liam Payne - Członek zespołu 1D. Ma dziewczynę Danielle.
Louis Tomlinson - Najlepszy przyjaciel Harry'ego. Chodzi z Eleanor. Zacięty fan surowej marchewki. 
Niall Horan - Chce zamieszkać z jedzeniem. Je 24/7. Nie znalazł jeszcze dziewczyny swojego serca.
Eleanor Calder - Dziewczyna Louisa.
Danielle Peazer - Dziewczyna Liama.
Kochani! Mam nadzieję że postacie są w miarę spoko, i że są dobra]e zdjęcia. Jutro postanowiłam dodać PROLOG, bo dzisiaj już nie myślę. Mam nadzieję że Wam się spodoba <33 
//Berry