sobota, 26 maja 2012

Prolog

Moje głowa oparta o szybę w jakiejś głupiej kawiarni w Los Angeles, nawet nie pamiętałam o jakiej nazwie. Za oknem, w parku siedziały pary, staruszkowie, i osoby takie jak ja - same. Jednak najwięcej było rodzin. Dwoje rodziców, dzieci. Uśmiechnięci, radośni. Zazdrościłam im z całego serca. Chciałam tak jak te maluchy, spędzać czas z rodzicami, czując ich miłość, być szczęśliwą. Ale nie, ja musiałam pochodzić z jakiejś patologicznej rodziny. Nie, no dobra patologiczna to za dużo powiedziane. Mama nigdy nie była bogata. Tata wręcz przeciwnie. W czasie rozwodu miałam jakieś 7 lat. Teraz mam o dziesięć więcej, i nie czuję żeby coś się zmieniło w moim życiu. Tata cały czas daje mi drogie prezenty, myśląc że gadżety mogą mi zastąpić rodzicielską miłość. Szczerze mówiąc to nigdy tak naprawdę nie czułam więzi z ojcem. Postać w moim życiu - nikt szczególny. Po prostu ktoś był i tle.
Z mamą było inaczej. Mama była zawsze kochająca i cierpliwa, dla tak psychicznie pobudzonego dziecka jak ja, ale przestała się mną interesować 3 lata temu, gdy poznała swojego "faceta". Gościu o 5 lat od niej starszy. Nie powiem, spoko koleś. Nie próbuje nic na siłę. Cieszę się że mama znalazła kogoś takiego Ale jednak to nie to samo co tata.
Co do rodzeństwa, to moi starzy nigdy się jakoś specjalnie nie postarali, żebym nie była jedynaczką. Zresztą po co im kolejne dziecko było? Tylko drugi rozkapryszony bachor, co nic nie robi tylko marudzi.
- Proszę, oto pani cola.
Niechętnie oderwałam twarz od szyby, i nieprzytomnym wzrokiem spojrzałam na kelnerkę. Ta tylko popatrzyła na mnie pytająco, na co wzruszyłam ramionami.
Odeszła.
No nic, pomyślałam i chwyciłam słomkę w palce. Chlipałam powoli cały czas zapatrzona gdzieś w przestrzeń. W ogóle nie dostrzegałam nikogo, z otaczających mnie ludzi. Nagle w kieszeni moich spodni coś zawibrowało.
Wyjęłam telefon i odczytałam smsa "Bonnie! Gdzie jesteś?! Mecz już się zaczął! Nie wiem jak to wytłumaczysz Smith'owi, ale lepiej się pośpiesz"
O cholera! Mecz. Kompletnie zapomniałam. Szybko dopiłam colę, i sprintem ruszyłam w kierunku wyjścia. Z rozpędu wpadłam na jakiegoś chłopaka w czerwonych rurkach, i białej marynarce. O mało co bym się przewróciła, ale nieznajomy złapał mnie w pasie, i do wypadku nie doszło. Gdy wreszcie stanęłam na własnych nogach, spojrzałam mu w oczy i już otwierałam usta żeby przeprosić, ale na raz odebrało mi mowę. Chłopak miał tak niesamowicie zielone oczy, że nie sposób było oderwać od nich wzroku.
W końcu się ogarnęłam.
- Przepraszam bardzo, ale..
- Nie, nic się nie stało. - Uśmiechnął się szeroko, pokazując rządek białych zębów.
- Ale prawie cie przewróciłam.
- Nic się nie stało, naprawdę. - Tutaj do mnie mrugnął. 
- O.. okej. - Czy ja się naprawdę zająkałam? Jeszcze przy nikim mi się to nie zdarzyło.
Wyminęłam go szybko i wyszłam na zewnątrz. Było parno, duszno. Ciężko się oddychało. Zresztą jak zawsze w lato w L.A. Byłam przyzwyczajona. Przebiegła na drugą stronę ulicy, zeszłam do podziemi, skręciłam w lewo, i wyszłam na górę. Szłam tylko jeszcze jakieś 10 min osiedlami, i alejkami, aż w końcu stanęłam w bramie mojej szkoły cała zdyszana, i zmęczona. Poszłam na boisko. Clarie miała rację, mecz już trwał. Zarzuciłam swoje długie ciemne włosy i ułożyłam je tak, aby zasłaniały mój profil.
Nie patrz, tylko tu nie patrz, modliłam się w duchu, błagając żeby Smith'owi nie zachciało się podziwiać boku szkoły.  Weszłam na trybuny i zobaczyłam Clarie stojącą i krzyczącą do mnie na całe gardło.
-  Tutaj! Bonnie, mam dla ciebie miejsce!
- Ciszej, Clarie! Pali się czy co?! - Powiedziałam, szybko do niej podchodząc.
Ta tylko zrobiła obrażona minę i odwróciła głowę w stronę boiska. Ja zajęłam miejsce obok niej, i położyłam torbę pod nogami.
Po jakimś czasie się zorientowałam, że wygrywamy. No tak. To że graliśmy u siebie, wyraźnie podbudowywało naszą drużynę.
Wygrana była gwarantowana, właściwie musiałby się stać cud, żeby przeciwnicy wygrali. Po spodziewanym wyniku, i zakończeniu meczu, starałam się wymknąć jakoś bokiem czy coś, żeby mojemu chłopakowi nie przyszło namyśl mnie szukać.
Na nic się zdały moje modły, i nadzieje. Gdy stałam w bramie ktoś krzyknął moje imię.
- Bonnie!
- Tak - Skrzywiłam się, powoli odwracając głowę.- Smith?
- Ej, gdzieś ty się podziewała? Szukałem cię.
- Byłam cały czas na trybunach, a potem szłam prosto do wyjścia. Nie widziałeś mnie pewnie przez ten tłum.
- Ale byłaś od początku? - Spojrzał na mnie z powątpieniem.
- Taaak. Jak już mówiłam dużo ludzi dzisiaj.
- No tak.. Możliwe...
Odwróciłam się napięcie, i ani razu nie odwracając głowy szybkim krokiem ruszyłam w kierunku domu.
Kurde, myślałam. Jak on mnie wypatrzył? Gdzie zrobiłam błąd?
byłam ze Smith'em or pół roku. Był świetnym chłopakiem, ale.. Nie czułam żeby łączyło nas coś więcej. Nie umiałam sobie wyobrazić siebie  nim za 5 lat. To było tylko młodzieńcze zauroczenie.
wydawało mi się też, że on za bardzo się angażuje w ten związek. Że oczekuje czegoś więcej. Co prawda byliśmy w tym samym wieku, jednak ciągnęły nas zupełnie odmienne rzeczy. Interesowało co innego.
Moje rozmyślania przerwał widok, białej marynarki. Czyżby to był... ten chłopak z kawiarni?

I jak? Komentarz?

   //Berry


6 komentarzy:

  1. :) <3 :* :P :D
    Kocham cię <33333333333333

    OdpowiedzUsuń
  2. Podoba mi się! Takie.. na luzie :)
    Zgłaszam się jako czytelniczka! ;*
    Czekam na kolejny rozdział <3

    @AlexxAllleeexx

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny ten prolog *.*

    OdpowiedzUsuń
  4. noo, zapowiada się całkiem całkiem ^^
    +http://jimmyprotested1d.blogspot.com/ zapraszam do siebie ^^

    OdpowiedzUsuń
  5. Ożesz super jest ! ;DDD Z zaciekwaieniem będę czytać dalej :))

    OdpowiedzUsuń
  6. Super <3
    Zajebiste to.
    Zapraszam do mnie http://and-live-while-we-re-young.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń