Woda którą właśnie piłam, wylądowała na podłodze. Chwilowo ogłuchłam. Nic do mnie nie docierało. Nie widziałam grającego ciągle telewizora, szumu ulicy, ani niczego innego. W pewnym momencie usłyszałam jakby ktoś przejechał czymś ostrym po szybie i nagle wszystko wróciło.
Rzuciłam się po pilota żeby zrobić głośniej. Może się tylko przesłyszałam. Może nie chodziło o Melanie i Josha Blue. Nadstawiłam uszy.
"... i ich samochód wyślizgnął się z zakrętu. Para wylądowała w pobliskim jeziorze. Szczegóły nie są znane. Od policji, która przybyła na miejsce wypadku w ciągu pół godziny wiadomo, iż oboje nie przeżyli. Nie jest powiedziane, czy w wypadku utonięcia, czy raczej wstrząsu samochodem..."
Na ekranie pojawiło się zdjęcie moich rodziców. Tak, nie było wątpliwości że to oni.
"...Zostali przewiezieni do pobliskiego St.John's Hospitalian..."
Drogę dzielącą mnie od kanapy do stolika z telefonem stacjonarnym pokonałam z zawrotną szybkością. Szybko wystukałam numer który pojawił się w telewizorze, i odliczałam sygnały. Jeden...Drugi...Trzeci...
- Tu St.John's Hospitalian. W czym mogę pomóc?
- Przepraszam. - Powiedziałam histerycznie. W oczach miałam łzy. - Chciałabym się dowiedzieć czy w tym szpitalu leżą państwo Melanie i Josh Blue?
- Chwileczkę, już sprawdzam.
Słyszałam jak przewraca kartkami, przebierając szybko nogami.
- Tak, zostali przywiezieni dziś rano. Czy jest pani...
Nie dałam jej dokończyć.Rzuciłam telefonem. Wzięłam kurtkę, kluczyki do samochodu i wybiegłam z domu.
Szybko odpaliłam auto, i pół godziny późnej byłam w połowie drogi do St.John. W radiu pierwszy raz odkąd dostałam ten samochód (prezent na zeszłoroczne urodziny) nie leciała muzyka. A była ona czymś dla mnie bardzo istotnym. Zawsze była mi bliska, i zawsze mnie otaczała. Już jako dziecko codziennie śpiewałam po 2-3 godziny. Nie z przymusu, ale z własnej woli. Kochałam to. Kochałam, że z prostych przedmiotów nawet codziennego użytku wydobywały się dźwięki. Że powiedzeni czegoś przeponowo, włączając w to melodię, tworzy śpiew.
Te dwie rzeczy w odpowiedni połączeniu, stanowiły niezwykły efekt. W moim akurat przypadku trudno było nie zauważyć tej różnicy, między mną, a rówieśnikami. Od zawsze czułam się odmienna. Nie tylko moi rodzice dostrzegli to we mnie. Chodziłam wszędzie ze słuchawkami w uszach i mp3. W TV bajki zastępowały koncerty Michaela Jacksona, i Madonny. Tak więc na siódme urodziny od rodziców chrzestnych dostałam mini gitarę. Na dziesiąte keyboard od dziadków. Na piętnaste już prawdziwą dorosłą gitarę, od koleżanek które się na to wspólnie złożyły. No i w końcu na siedemnaste perkusję od rodziców.
Dziś były moje 19 urodziny, a ja nadal używałam wszystkich instrumentów regularnie. Podobno byłam muzycznie uzdolniona. Jednak nie zwracałam uwagi na te przypuszczenia - robiłam to z dla własnej przyjemności, nie żeby zadowolić innych.
Pierwszy raz muzyka była dla mnie obca. Nie włączałam, nie dlatego że zapomniałam, tylko dlatego że nie chciałam tego zrobić. Ktoś kto mnie zna z pewnością by się zdziwił.
Po pół godziny byłam w szpitalu. Wpadłam tam jak burza, i nie zastanawiając się wiele, rzuciłam się w stronę pielęgniarki.
- Przepraszam, dzwoniłam tutaj półtorej godziny temu. Szukam państwa Blue.
- A tak. To w tą stronę. - Wskazała mi korytarz po prawej.
- Dziękuję bardzo, proszę pani, jak oni się czują?
- A czy jest pani kimś z rodziny?
- Tak, jestem... - Zawahałam się. - jestem córką. - wydusiłam z siebie.
Pielęgniarka zakryła usta rękoma. Wskazała ręką żebym poszła za nią.
Po chwili weszliśmy do sali która zamiast ścian miała wielkie oszklone szyby. W środku nie było nic oprócz dwóch szpitalnych łóżek, na których leżały ciała. Nie było widać kto to, ponieważ oba były przykryte białym prześcieradłem.
Łzy popłynęły po moich policzkach całkiem niekontrolowanie. Podeszłam do łóżek, i drżącymi rękami chwyciłam prześcieradło po lewej stronie.
To co zobaczyłam, przeraziło mnie tak bardzo, że momentalnie odskoczyłam, zatkałam usta rękami, i zaczęłam ryczeć. Maksymalnie.
Mama. to była moja mama. Wyglądała jak topielica. Miała bladą jak śnieg cerę, całą pomarszczoną od wody. Włosy w nieładzie leżały porozwalane na wszystkie strony. Niewidzące oczy, tępo biły w sufit, ubrania były podarte.
Podeszła do mnie pielęgniarka, i objęła mnie ramieniem.
- To ona?
Nie odpowiedziałam, tylko pokiwałam głową.
- Nie płacz kochanie. Chodź, dam ci coś na uspokojenie.
Poszłam za nią, nie odwracając się ani razu. Nie chciałam widzieć już taty. Właściwie to nawet nie miałabym jak. Wszystko było zamazane, przez łzy. W tej chwili ufałam pielęgniarce. Szczerze, to nie obchodziło mnie czy idziemy do pokoju, czy do wesołego miasteczka. Moje serce się rozpadło. Dusza była rozrzucona na maluteńkie kawałki. Byłam zrozpaczona.
Po chwili weszłyśmy do pomieszczenia, które było oświetlone jednynie lampką nocną, stojacą na szerokim biurku. Pielęgniarka posadziła mnie na kanapie, a sama zaczęła parzyć herbatę, i wyjmować jakieś proszki.
Połknęłam, nawet nie patrząc co to jest.
- Kochanie, ja teraz muszę iść. Mam nocny dyżur. Ale zajrzę do ciebie później dobrze? Nigdzie się nie ruszaj.
Przytaknęłam. I tak nie miałaby siły. Odstawiłam kubek na stolik, i położyłam się na danej mi kanapie. Zamknęłam oczy, i momentalnie zasnęłam.
***
Miałam jakiś dziwny sen. Nieznajomy uratował mnie przed zbiegami. Były moje urodziny. Rodzice zginęli...
To było okropne. Zaraz miałam wstać, iść na dół i jak co dzień rano zjeść naleśniki z dżemem mandarynkowym.
Otworzyłam oczy, i zdałam sobie sprawę z tego, że to nie by sen. To rzeczywistość.
W moich oczach znowu zaszkliły się łzy. Pielęgniarki jeszcze nie było. Postanowiłam, że nie mogę zajmować jej czasu, więc wstałam. Poszukiwanie karteczki i długopisu nie zajęło mi dużo czasu. Napisałam
Droga, pielęgniarko!
Dziękuję, że wczoraj się mną zajęłaś, ale nie mogę zajmować ci cennego czasu. Jesteś w racy, a potem na pewno chcesz wrócić do domu. Do rodziny. Odpocząć. Jak nie należę do niej.
Ty pewnie śmierć przeżywasz codziennie, jak wręcz przeciwnie. Przepraszam, że się wczoraj tak rozkleiłam,
Bonnie.
Ruszyłam w stronę samochodu. Miałam plan gdzie jechać. Sprawdziłam tylko czy mam pieniądze. No tak, jak jechałam z domu to wzięłam wszystko.
Zadzwoniłam do Clarie.
- Wyjeżdżam. - Tak zaczęłam rozmowę. Wyjaśniłam wszystko po kolei, i ze szczegółami.
- Nie ruszaj się stamtąd. Zaraz będę. -Powiedziała, i rozłączyła się.
Nowe życie.
Lotnisko.
Cel: Zapomnieć o przeszłości.
Wiem, ze krótkie, ale nie mam weny. ):
//Berry
wtorek, 26 czerwca 2012
sobota, 16 czerwca 2012
2 - " I will always love you"
Spróbowałam unieść głowę, ale przeszywający ją ból uniemożliwiał mi to.
Chłopak się odwrócił, i chyba to zauważył, bo natychmiast rzucił się z pytaniami.
- Nic ci nie jest? Coś cię boli? Wszystko w porządku?
- Jest o.. okej. Tylko mi łeb pęka - Pożaliłam się.
- Chodź - Pomógł mi usiąść na ławce, i objął ramieniem. Poczułam się bezpiecznie w jego ramionach, wiedziałam że nie da mnie nikomu skrzywdzić, co było dziwne, gdyż znałam go niecały dzień. O ile w ogóle te mijanie się można było nazwać znajomością.
- Co się stało? Gdzie są ci faceci? - Spytałam zdezorientowana.
- O nic się nie martw. Zajęliśmy się nimi. - Powiedział uspokajająco.
- Ale..
- Nie ważne. Odpoczywaj. - Wyglądał jakby zmienił zdanie.- Albo chodź. Może odprowadzę Cię do domu?
Nie miałam czasu zastanawiać się nad jego intencjami, więc powiedziałam tylko.
- Dobrze. - Szczęśliwa, że nic więcej mi nie jest gwałtownie wstałam, co było złym pomysłem. Natychmiast straciłam równowagę, i znowu byłabym upadła, gdyby nie nieznajomy. - Ojej. Czy zawsze będziesz mnie łapać?
Zaśmiał się. Był taki piękny, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Znowu. Czy to jakieś "deja vu"?
-Tylko jeśli będzie trzeba. - Spojrzał na mnie rozbawiony.
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Dobra to mów gdzie mam iść. - Powiedział, i ku mojemu zdumieniu wziął mnie na ręce.
- Ale ja mogę sama iść, naprawdę. Nie musisz mnie nieść. Poza tym jestem ciężka - Próbowałam zejść z niego, ale to tylko wzmocniło ból, więc zrezygnowałam.
- Poradzę sobie. Nie chcę żebyś mi tu znowu zemdlała.
Dałam za wygraną.
On mnie niósł, a ja wpatrywałam się tępo w swoje dłonie. Czułam się zakłopotana, że ktoś mnie niesie, tym bardziej, że był to nieznajomy. No właśnie!
- Ej - Zaczęłam.
- Tak?
- Wiesz.. bo ja nawet nie znam twojego imienia.
- Naprawdę? Nie kojarzysz mnie znikąd?
Nagle mnie olśniło! No tak!
Mój kolega z podstawówki - Carter! Kurde, że wcześniej na to nie wpadłam.
- Carter?! - Zapytałam rozbawiona.
On tylko pokiwał głową.
- Jezu, przepraszam, że cię nie poznałam. Zmieniłeś się strasznie chłopie! - Powiedziałam to tylko po to aby zamaskować moją niedokładność, i to że go nie rozpoznałam. Ale przyjrzałam się dokładnie. Pamiętałam go jako chudzielca, którym nikt nigdy się nie interesował. Ja też nie. Zresztą, można było uznać, że był szkolnym wyrzutkiem, i szczerze mówiąc nie byłam do końca pewna czemu mnie obronił. To ja byłam jedną z pierwszych która zawsze mu dogadywała.
Teraz widocznie się zmienił. Był wysportowany, widziałam jego muskuły przez cienką koszulkę.
- Nic się nie stało. Jak pojechałem do babci po 2 latach to mnie też nie poznała. Przyzwyczaiłem się.
- Okej. Przestałam czuć się zażenowana - Powiedziałam z uśmiechem.
Zaśmiał się, jego uśmiech był czysto serdeczny.
- Ale właściwie, to.. - Zaczęłam.- Czemu to robisz?
- Wiesz ja..- Przestał się uśmiechać, jakby sobie coś przypomniał.- O patrz! Czy to nie twój dom?
Rzeczywiście. Tak byłam zainteresowana ukryciem tego co zrobiłam, że nie zorientowałam się że doszliśmy już pod mój blok.
- A tak. - Carter postawił mnie na ziemi. - Wiesz, ja... Dziękuję bardzo za to co zrobiłeś. W zasadzie nie wiem dlaczego, ale podziękowania są szczere.
Na jego twarzy znowu zagościł szeroki uśmiech.
- Nie ma za co. - Przyciągnął mnie do siebie.
- Carter, co ty..
- Do zobaczenia Bonnie. - Powiedział całując mnie w policzek.
Ledno mrugnęłam, już go nie było.
- Do zobaczenia. - Mruknęłam sama do siebie.
Odwróciłam się w stronę klatki, i otworzyłam bramę. Powoli wspinałam się po schodach, próbując otrząsnąć się z odrętwienia, i pozbierać myśli.
Czyli ten chłopak z kawiarni, to nie był jakiś tam nieznajomy, tylko mój dawny kolega. Czyli znowu wracamy do punktu wyjścia.
W tym momencie stanęłam przed własnymi drzwiami. Otworzyłam je i weszłam do mieszkania.
Mamy jeszcze nie było. Zdjęłam buty, kurtkę odrzuciłam na kanapę. i ruszyłam w stronę łazienki. Odkręciłam kran, i weszłam do wody. Kąpałam się niecałą godzinę.
Gdy skończyłam, w samym ręczniku, i bosych stopach wyszłam na balkon. Mieszkałam na ostatnim piętrze wielkiego wieżowca w centrum Los Angeles. Może to dziwne, ale to właśnie nocą to miasto tętniło życiem. Za dnia, to tylko ludzie którzy wszędzie się śpieszyli, grupki młodych ludzi, biznesmeni. Ale w nocy... Hmm... To było cudownie, tak móc poczuć się częścią jakiejś wielkiej nie materialnej społeczności.
Nagle usłyszałam jak w pokoju dzwoni telefon. Rzuciłam ostatnie smutne spojrzenie na miasto i weszłam do środka. Ostrożnie zamknęłam drzwi balkoniku, i rzuciłam się w stronę telefonu.
Dzwoniła Clarie.
- Hej! - Powiedziała podekscytowanym głosem, gdy tylko kliknęłam zieloną słuchawkę.
- No mała. Słyszę że już ci się humor poprawił! - Starałam się mówić naturalnym głosem, który nie zdradzałby mojego zaniepokojenia. Postanowiłam, że nie powiem nikomu o sytuacji, która miała niedawno miejsce.
- No bo wiesz... ON zadzwonił. Przepraszał, i w ogóle. - Była strasznie szczęśliwa, przynajmniej wnioskowałam to z tonu jej głosu. Clarie zaczęła opowiadać mi o tym, jak weszła do domu, i zadzwoniła jej komórka. Oczywiście dzwonił On. Zaraz zaraz. Jak on miał na imię? A tak. Daniel.
No więc, Daniel zadzwonił do niej z przeprosinami, i mówiąc, że popełnił błąd. Cieszyłam się razem z nią. Ludzie uważali Clarie za płytka i plastikową, bo ubiera się modnie, i ma ciemniejszą karnację. Lecz tak naprawdę nikt jej nie znał. W każdym razie nie tak jak ja. Ta rozmowa, w czasie której zdążyłam zrobić sobie kanapki, i zaparzyć herbatę, pomogła mi choć na chwilę zapomnieć, o wydarzeniu w parku. Trochę się uspokoiłam.
- Ok Clarie. Spokojnie, rozumiem że jesteś bardzo zadowolona, i tak dalej, ale wiesz... Moja mama zaraz przyjdzie a ja..
- Jasne! Nie ma sprawy! To co, słyszymy się jutro, nie?
- Oczywiście. - Odpowiedziałam, uśmiechając się sama do siebie
***
Obudziły mnie letnie promienie słońca. Odwróciłam twarz w stronę przeciwną do okna, i przetarłam oczy. Dziś 23 czerwca - moje urodziny. Kurde, ale będzie fajnie. Miałam iść z Clarie do kina wieczorem, dostać pyszny tort, i uśmiechać się cały dzień. W sumie to nawet nie miałam nic przeciwko. Rodziców nie było cały weekend. Jeździli po Stanach, czy coś tam.
Zwlokłam się z łóżka z wyraźnym trudem.
Zeszłam na dół, i zaległam przed TV. Leciały jakieś wiadomości. Sobota była moim ulubionym dniem tygodnia.
Nagle w wiadomościach dali "Ostatnie zdarzenia".
Wyplułam wodę, którą miałam w ustach. Podali, że moi rodzice nie żyją.
Wiem wiem wiem. Możecie mnie zabić. Nie dość że mnie długio nie było, to jeszcze spieprzyłam zakończenie.
Przepraszam,
//Berry
Chłopak się odwrócił, i chyba to zauważył, bo natychmiast rzucił się z pytaniami.
- Nic ci nie jest? Coś cię boli? Wszystko w porządku?
- Jest o.. okej. Tylko mi łeb pęka - Pożaliłam się.
- Chodź - Pomógł mi usiąść na ławce, i objął ramieniem. Poczułam się bezpiecznie w jego ramionach, wiedziałam że nie da mnie nikomu skrzywdzić, co było dziwne, gdyż znałam go niecały dzień. O ile w ogóle te mijanie się można było nazwać znajomością.
- Co się stało? Gdzie są ci faceci? - Spytałam zdezorientowana.
- O nic się nie martw. Zajęliśmy się nimi. - Powiedział uspokajająco.
- Ale..
- Nie ważne. Odpoczywaj. - Wyglądał jakby zmienił zdanie.- Albo chodź. Może odprowadzę Cię do domu?
Nie miałam czasu zastanawiać się nad jego intencjami, więc powiedziałam tylko.
- Dobrze. - Szczęśliwa, że nic więcej mi nie jest gwałtownie wstałam, co było złym pomysłem. Natychmiast straciłam równowagę, i znowu byłabym upadła, gdyby nie nieznajomy. - Ojej. Czy zawsze będziesz mnie łapać?
Zaśmiał się. Był taki piękny, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Znowu. Czy to jakieś "deja vu"?
-Tylko jeśli będzie trzeba. - Spojrzał na mnie rozbawiony.
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Dobra to mów gdzie mam iść. - Powiedział, i ku mojemu zdumieniu wziął mnie na ręce.
- Ale ja mogę sama iść, naprawdę. Nie musisz mnie nieść. Poza tym jestem ciężka - Próbowałam zejść z niego, ale to tylko wzmocniło ból, więc zrezygnowałam.
- Poradzę sobie. Nie chcę żebyś mi tu znowu zemdlała.
Dałam za wygraną.
On mnie niósł, a ja wpatrywałam się tępo w swoje dłonie. Czułam się zakłopotana, że ktoś mnie niesie, tym bardziej, że był to nieznajomy. No właśnie!
- Ej - Zaczęłam.
- Tak?
- Wiesz.. bo ja nawet nie znam twojego imienia.
- Naprawdę? Nie kojarzysz mnie znikąd?
Nagle mnie olśniło! No tak!
Mój kolega z podstawówki - Carter! Kurde, że wcześniej na to nie wpadłam.
- Carter?! - Zapytałam rozbawiona.
On tylko pokiwał głową.
- Jezu, przepraszam, że cię nie poznałam. Zmieniłeś się strasznie chłopie! - Powiedziałam to tylko po to aby zamaskować moją niedokładność, i to że go nie rozpoznałam. Ale przyjrzałam się dokładnie. Pamiętałam go jako chudzielca, którym nikt nigdy się nie interesował. Ja też nie. Zresztą, można było uznać, że był szkolnym wyrzutkiem, i szczerze mówiąc nie byłam do końca pewna czemu mnie obronił. To ja byłam jedną z pierwszych która zawsze mu dogadywała.
Teraz widocznie się zmienił. Był wysportowany, widziałam jego muskuły przez cienką koszulkę.
- Nic się nie stało. Jak pojechałem do babci po 2 latach to mnie też nie poznała. Przyzwyczaiłem się.
- Okej. Przestałam czuć się zażenowana - Powiedziałam z uśmiechem.
Zaśmiał się, jego uśmiech był czysto serdeczny.
- Ale właściwie, to.. - Zaczęłam.- Czemu to robisz?
- Wiesz ja..- Przestał się uśmiechać, jakby sobie coś przypomniał.- O patrz! Czy to nie twój dom?
Rzeczywiście. Tak byłam zainteresowana ukryciem tego co zrobiłam, że nie zorientowałam się że doszliśmy już pod mój blok.
- A tak. - Carter postawił mnie na ziemi. - Wiesz, ja... Dziękuję bardzo za to co zrobiłeś. W zasadzie nie wiem dlaczego, ale podziękowania są szczere.
Na jego twarzy znowu zagościł szeroki uśmiech.
- Nie ma za co. - Przyciągnął mnie do siebie.
- Carter, co ty..
- Do zobaczenia Bonnie. - Powiedział całując mnie w policzek.
Ledno mrugnęłam, już go nie było.
- Do zobaczenia. - Mruknęłam sama do siebie.
Odwróciłam się w stronę klatki, i otworzyłam bramę. Powoli wspinałam się po schodach, próbując otrząsnąć się z odrętwienia, i pozbierać myśli.
Czyli ten chłopak z kawiarni, to nie był jakiś tam nieznajomy, tylko mój dawny kolega. Czyli znowu wracamy do punktu wyjścia.
W tym momencie stanęłam przed własnymi drzwiami. Otworzyłam je i weszłam do mieszkania.
Mamy jeszcze nie było. Zdjęłam buty, kurtkę odrzuciłam na kanapę. i ruszyłam w stronę łazienki. Odkręciłam kran, i weszłam do wody. Kąpałam się niecałą godzinę.
Gdy skończyłam, w samym ręczniku, i bosych stopach wyszłam na balkon. Mieszkałam na ostatnim piętrze wielkiego wieżowca w centrum Los Angeles. Może to dziwne, ale to właśnie nocą to miasto tętniło życiem. Za dnia, to tylko ludzie którzy wszędzie się śpieszyli, grupki młodych ludzi, biznesmeni. Ale w nocy... Hmm... To było cudownie, tak móc poczuć się częścią jakiejś wielkiej nie materialnej społeczności.
Nagle usłyszałam jak w pokoju dzwoni telefon. Rzuciłam ostatnie smutne spojrzenie na miasto i weszłam do środka. Ostrożnie zamknęłam drzwi balkoniku, i rzuciłam się w stronę telefonu.
Dzwoniła Clarie.
- Hej! - Powiedziała podekscytowanym głosem, gdy tylko kliknęłam zieloną słuchawkę.
- No mała. Słyszę że już ci się humor poprawił! - Starałam się mówić naturalnym głosem, który nie zdradzałby mojego zaniepokojenia. Postanowiłam, że nie powiem nikomu o sytuacji, która miała niedawno miejsce.
- No bo wiesz... ON zadzwonił. Przepraszał, i w ogóle. - Była strasznie szczęśliwa, przynajmniej wnioskowałam to z tonu jej głosu. Clarie zaczęła opowiadać mi o tym, jak weszła do domu, i zadzwoniła jej komórka. Oczywiście dzwonił On. Zaraz zaraz. Jak on miał na imię? A tak. Daniel.
No więc, Daniel zadzwonił do niej z przeprosinami, i mówiąc, że popełnił błąd. Cieszyłam się razem z nią. Ludzie uważali Clarie za płytka i plastikową, bo ubiera się modnie, i ma ciemniejszą karnację. Lecz tak naprawdę nikt jej nie znał. W każdym razie nie tak jak ja. Ta rozmowa, w czasie której zdążyłam zrobić sobie kanapki, i zaparzyć herbatę, pomogła mi choć na chwilę zapomnieć, o wydarzeniu w parku. Trochę się uspokoiłam.
- Ok Clarie. Spokojnie, rozumiem że jesteś bardzo zadowolona, i tak dalej, ale wiesz... Moja mama zaraz przyjdzie a ja..
- Jasne! Nie ma sprawy! To co, słyszymy się jutro, nie?
- Oczywiście. - Odpowiedziałam, uśmiechając się sama do siebie
***
Obudziły mnie letnie promienie słońca. Odwróciłam twarz w stronę przeciwną do okna, i przetarłam oczy. Dziś 23 czerwca - moje urodziny. Kurde, ale będzie fajnie. Miałam iść z Clarie do kina wieczorem, dostać pyszny tort, i uśmiechać się cały dzień. W sumie to nawet nie miałam nic przeciwko. Rodziców nie było cały weekend. Jeździli po Stanach, czy coś tam.
Zwlokłam się z łóżka z wyraźnym trudem.
Zeszłam na dół, i zaległam przed TV. Leciały jakieś wiadomości. Sobota była moim ulubionym dniem tygodnia.
Nagle w wiadomościach dali "Ostatnie zdarzenia".
Wyplułam wodę, którą miałam w ustach. Podali, że moi rodzice nie żyją.
Wiem wiem wiem. Możecie mnie zabić. Nie dość że mnie długio nie było, to jeszcze spieprzyłam zakończenie.
Przepraszam,
//Berry
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)