sobota, 16 czerwca 2012

2 - " I will always love you"

Spróbowałam unieść głowę, ale przeszywający ją ból uniemożliwiał mi to.
Chłopak się odwrócił, i chyba to zauważył, bo natychmiast rzucił się z pytaniami.
- Nic ci nie jest? Coś cię boli? Wszystko w porządku?
- Jest o.. okej. Tylko mi łeb pęka - Pożaliłam się.
- Chodź - Pomógł mi usiąść na ławce, i objął ramieniem. Poczułam się bezpiecznie w jego ramionach, wiedziałam że nie da mnie nikomu skrzywdzić, co było dziwne, gdyż znałam go niecały dzień. O ile w ogóle te mijanie się można było nazwać znajomością.
- Co się stało? Gdzie są ci faceci? - Spytałam zdezorientowana.
- O nic się nie martw. Zajęliśmy się nimi. - Powiedział uspokajająco.
- Ale..
- Nie ważne. Odpoczywaj. - Wyglądał jakby zmienił zdanie.- Albo chodź. Może odprowadzę Cię do domu?
Nie miałam czasu zastanawiać się nad jego intencjami, więc powiedziałam tylko.
- Dobrze. - Szczęśliwa, że nic więcej mi nie jest gwałtownie wstałam, co było złym pomysłem. Natychmiast straciłam równowagę, i znowu byłabym upadła, gdyby nie nieznajomy. - Ojej. Czy zawsze będziesz mnie łapać? 
Zaśmiał się. Był taki piękny, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Znowu. Czy to jakieś "deja vu"?
-Tylko jeśli będzie trzeba. - Spojrzał na mnie rozbawiony.
Teraz to ja się zaśmiałam.
- Dobra to mów gdzie mam iść. - Powiedział, i ku mojemu zdumieniu wziął mnie na ręce.
- Ale ja mogę sama iść, naprawdę. Nie musisz mnie nieść. Poza tym jestem ciężka - Próbowałam zejść z niego, ale to tylko wzmocniło ból, więc zrezygnowałam.
- Poradzę sobie. Nie chcę żebyś mi tu znowu zemdlała.
Dałam za wygraną.
On mnie niósł, a ja wpatrywałam się tępo w swoje dłonie. Czułam się zakłopotana, że ktoś mnie niesie, tym bardziej, że był to nieznajomy. No właśnie!
- Ej - Zaczęłam.
- Tak?
- Wiesz.. bo ja nawet nie znam twojego imienia.
- Naprawdę? Nie kojarzysz mnie znikąd?
Nagle mnie olśniło! No tak!
Mój kolega z podstawówki - Carter! Kurde, że wcześniej na to nie wpadłam.
- Carter?! - Zapytałam rozbawiona.
On tylko pokiwał głową.
- Jezu, przepraszam, że cię nie poznałam. Zmieniłeś się strasznie chłopie! - Powiedziałam to tylko po to aby zamaskować moją niedokładność, i to że go nie rozpoznałam. Ale przyjrzałam się dokładnie. Pamiętałam go jako chudzielca, którym nikt nigdy się nie interesował. Ja też nie. Zresztą, można było uznać, że był szkolnym wyrzutkiem, i szczerze mówiąc nie byłam do końca pewna czemu mnie obronił. To ja byłam jedną z pierwszych która zawsze mu dogadywała.
Teraz widocznie się zmienił. Był wysportowany,  widziałam jego muskuły przez cienką koszulkę.
- Nic się nie stało. Jak pojechałem do babci po 2 latach to mnie też nie poznała. Przyzwyczaiłem się.
- Okej. Przestałam czuć się zażenowana - Powiedziałam z uśmiechem.
Zaśmiał się, jego uśmiech był czysto serdeczny.
- Ale właściwie, to.. - Zaczęłam.- Czemu to robisz?
- Wiesz ja..- Przestał się uśmiechać, jakby sobie coś przypomniał.- O patrz! Czy to nie twój dom?
Rzeczywiście. Tak byłam zainteresowana ukryciem tego co zrobiłam, że nie zorientowałam się że doszliśmy już pod mój blok.
- A tak. - Carter postawił mnie na ziemi. - Wiesz, ja... Dziękuję bardzo za to co zrobiłeś. W zasadzie nie wiem dlaczego, ale podziękowania są szczere.
Na jego twarzy znowu zagościł szeroki uśmiech.
- Nie ma za co. - Przyciągnął mnie do siebie.
- Carter, co ty..
- Do zobaczenia Bonnie. - Powiedział całując mnie w policzek.
Ledno mrugnęłam, już go nie było.
- Do zobaczenia. - Mruknęłam sama do siebie.
Odwróciłam się w stronę klatki, i otworzyłam bramę. Powoli wspinałam się po schodach, próbując otrząsnąć się z odrętwienia, i pozbierać myśli.
Czyli ten chłopak z kawiarni, to nie był jakiś tam  nieznajomy, tylko mój dawny kolega. Czyli znowu wracamy do punktu wyjścia.
W tym momencie stanęłam przed własnymi drzwiami. Otworzyłam je i weszłam do mieszkania.
Mamy jeszcze nie było. Zdjęłam buty, kurtkę odrzuciłam na kanapę. i ruszyłam w stronę łazienki. Odkręciłam kran, i weszłam do wody. Kąpałam się niecałą godzinę.
Gdy skończyłam, w samym ręczniku, i bosych stopach wyszłam na balkon. Mieszkałam na ostatnim piętrze wielkiego wieżowca w centrum Los Angeles. Może to dziwne, ale to właśnie nocą to miasto tętniło życiem. Za dnia, to tylko ludzie którzy wszędzie się śpieszyli, grupki młodych ludzi, biznesmeni. Ale w nocy... Hmm... To było cudownie, tak móc poczuć się częścią jakiejś wielkiej nie materialnej społeczności.
Nagle usłyszałam jak w pokoju dzwoni telefon. Rzuciłam ostatnie smutne spojrzenie na miasto i weszłam do środka. Ostrożnie zamknęłam drzwi balkoniku, i rzuciłam się w stronę telefonu.
Dzwoniła Clarie.
- Hej! - Powiedziała podekscytowanym głosem, gdy tylko kliknęłam zieloną słuchawkę.
- No mała. Słyszę że już ci się humor poprawił! - Starałam się mówić naturalnym głosem, który nie zdradzałby mojego zaniepokojenia. Postanowiłam, że nie powiem nikomu o sytuacji, która miała niedawno miejsce.
- No bo wiesz... ON zadzwonił. Przepraszał, i w ogóle.  - Była strasznie szczęśliwa, przynajmniej wnioskowałam to z tonu jej głosu. Clarie zaczęła opowiadać mi o tym, jak weszła do domu, i zadzwoniła jej komórka. Oczywiście dzwonił On. Zaraz zaraz. Jak on miał na imię? A tak. Daniel.
No więc, Daniel zadzwonił do niej z przeprosinami, i mówiąc, że popełnił błąd. Cieszyłam się razem z nią.  Ludzie uważali Clarie za płytka i plastikową, bo ubiera się modnie, i ma ciemniejszą karnację. Lecz tak naprawdę nikt jej nie znał. W każdym razie nie tak jak ja. Ta rozmowa, w czasie której zdążyłam zrobić sobie kanapki, i zaparzyć herbatę, pomogła mi choć na chwilę zapomnieć, o wydarzeniu w parku. Trochę się uspokoiłam.
- Ok Clarie. Spokojnie, rozumiem że jesteś bardzo zadowolona, i tak dalej, ale wiesz... Moja mama zaraz przyjdzie a ja..
- Jasne! Nie ma sprawy! To co, słyszymy się jutro, nie?
- Oczywiście. - Odpowiedziałam, uśmiechając się sama do siebie


***


Obudziły mnie letnie promienie słońca. Odwróciłam twarz w stronę przeciwną do okna, i przetarłam oczy. Dziś 23 czerwca - moje urodziny. Kurde, ale będzie fajnie. Miałam iść z Clarie do kina wieczorem, dostać pyszny tort, i uśmiechać się cały dzień. W sumie to nawet nie miałam nic przeciwko. Rodziców nie było cały weekend. Jeździli po Stanach, czy coś tam. 
Zwlokłam się z łóżka z wyraźnym trudem.
Zeszłam na dół, i zaległam przed TV. Leciały jakieś wiadomości. Sobota była moim ulubionym dniem tygodnia.
Nagle w wiadomościach dali "Ostatnie zdarzenia".
Wyplułam wodę, którą miałam w ustach. Podali, że moi rodzice nie żyją.


Wiem wiem wiem. Możecie mnie zabić. Nie dość że mnie długio nie było, to jeszcze spieprzyłam zakończenie.
Przepraszam,

//Berry



























5 komentarzy:

  1. Piękny jak zawsze <3
    Kocham cię :3

    OdpowiedzUsuń
  2. pisz dalej to jest świetne
    Mam taką prośbę czy Louis może póżniej zerwać z El plisss :)

    OdpowiedzUsuń
  3. SUPER!!! *_______*

    OdpowiedzUsuń
  4. Swietneeee..<3 ~Ces.

    OdpowiedzUsuń
  5. Właśnie zaczęłam czytać i naprawdę mi się podoba .Super ;****

    OdpowiedzUsuń