Będzie mały szantażyk. Na następną notkę, musi być min. 6 komentów (moje się nie liczą) i 8 wrażeń ( To co oceniacie pod każdą notką). Przepraszam, że to piszę, wiem że to dla Was nie fajne - sama nie lubie tego czytać na innych blogach, ale jak widzę, taką małą aktywność na tym blogu, i że mało osób komentuje, to mi się odechciewa pisać. Więc proszę, jak przeczytaliście, to zostawicie opinię chociaż. Dla mnie to też się liczy. Dla was to parę kliknięć myszką, a dla mnie wiadomość, że to co pisze jest czytane. :) Liczę na Was.
Kocham. A teraz przejdźmy do notki.
^^^
Wyszłyśmy z budynku w którym mieścił się Starbucks, w ciemny Londyn. Niby ta sama ulica, ale w ciemności nocy, gdzie jedynym oświetleniem były gwiazdy prezentowała się o wiele bardziej groźnie i tajemniczo. Pociągnęłam Clarie za i rękę ruszyłyśmy w stronę oświetlonej części miasta. Lawirowałyśmy między starymi domami, i brukowanymi uliczkami, bezskutecznie szukając jakiegoś wielkiego budynku z szyldem "HOTEL". Jednak dookoła nas była tylko głucha cisza, przerywana co jakiś czas naszymi oddechami. Niby Londyn w nocy powinien być oświetlony, ale w tym miejscu zdecydowanie brakowało czegoś takiego jak chociażby świeczka. Wszystko spowite było ciemną mgłą. I wtedy to zobaczyłam.
Paru facetów. Pijanych facetów, zmierzających w moim kierunku. Chcących ode mnie czegoś czego nie byłam w stanie im dać. Wołali moje imię. Zrobiło mi się słabo.
- Clarie.. - Wyszeptałam. Oparłam się plecami o ścianę jakiegoś budynku, i powoli osuwałam w dół.
Mężczyźni byli już blisko mnie. Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Strach mnie paraliżował. Całkowicie. Nie byłam w stanie wydusić z siebie żadnego dźwięku, słowa, a co dopiero podnieść głos.
Wszystko zniknęło.
Siedziałam na ziemi, plecami nadal oparta o ten sam budynek. Nade mną pochylała się moja przyjaciółka. Ruszała ustami, ale z jej wnętrza nie wydobywał się żaden dźwięk. Nie. To ja nic nie słyszałam. Zacisnęłam powieki.
- Bonnie! Bonnie odezwij się! Jezu... Bonnie słyszysz mnie? Patrz na mnie! Pomocy! Bonnie powiedz coś! Pomocy!
Dopiero gdy usłyszałam jej zaniepokojone krzyki, zrozumiałam jak bardzo boli mnie głowa. To było chyba tylko złudzenie. To nie działo się naprawdę, tylko w mojej głowie. Przecież jak by to było w realu to Clarie też by ich zobaczyła. Zareagowała by. Zrobiłaby cokolwiek.
- Już. Spokojnie. Nic mi nie jest, żyję. - Wychrypiałam, a mój głos brzmiał jakbym długo nic nie mówiła.
- Matko Boska, Jezusie Święty... - Dziewczyna opadła na ziemię, i usiadła obok mnie też opierając się plecami o budynek. - Bonnie co się stało?!
- Chyba mi się coś wydawało. - Moje przemyślenia się potwierdziły. To działo się tylko w mojej głowie. Nagle uświadomiłam sobie jak to musiało wyglądać, i moje policzki zapłonęły rumieńcem. - Przepraszam.
Clarie zamknęła oczy, i po chwili jej oddech wrócił do normy.
- Już okej? - Zapytałam ją.
- Jasne, jasne. - Powiedziała nie otwierając oczu.
- To może chodźmy już? - Zaproponowałam. - Porozmawiamy jak będę miała pewność, że nie zginiemy podczas pierwszej fazy mrozu, która nas zastanie pod mostem, jak nie znajdziemy miejsca do spania.
Dziewczyna tylko przytaknęła.
W końcu, po pół godzinnej przechadzce doszłyśmy do tabliczki na której było napisane że znajdujemy się w Bradford. Zastałyśmy oświetlone budynki, i kolorowe napisy pojawiające się znikąd. Hoteli było tu od groma. Do wyboru do koloru. Nam zależało na czymś nie drogim, ale nie niechlujnym. Wybrałyśmy więc ten o nazwie "White Lands". Recepcjonistka była bardzo uprzejma, więc z chęcią zapłaciłyśmy za miesiąc. Płatne z góry.
***
Tydzień minął nam na załatwianiu spraw związanych z pobytem w Anglii. Zapisałyśmy się do szkoły (musiałyśmy skończyć 3 lata liceum, a w Stanach zrobiłyśmy półtora roku), poszłyśmy do ambasady, ale przede wszystkim szukałyśmy jakiegoś małego mieszkanka, lub chociaż pokoiku, do wynajęcia. Na razie bezskutecznie. Ale nie chciałyśmy półtora roku mieszkać w hotelu, wiec nie przestawaliśmy szukać.
W końcu nadszedł wymarzony piątek. Clarie wybierała się na koncert tych swoich One Seriction, czy jak im tam było. Ja tak jak planowałam wcześniej, miałam zamiar zadzwonić po pizze i oglądać zapowiadanego Titanica, który był puszczany o godzinie dwudziestej. Dwie części pod rząd. Koncert był o tej samej godzinie, więc nie było mowy o pogodzeniu dwóch spraw. Na początku Clarie mówiła, że zostanie ze mną, że nie powinnam być sama, i jeszcze oglądać taki smutny i dołujący film. Zapierała się ale postawiłam na swoim. Wiedziałam, że od paru lat ten koncert był jej wielkim marzeniem, a ja nie chciałam jej pozbawiać takiej szansy. Ale tu chyba nie chodziło tylko o nią. W głębi duszy chciałam sobie samej udowodnić, że potrafię żyć tak, jakby nic się nie stało. Cieszyć się chwilą.
Tak więc od godziny osiemnastej Clarie się stroiła, i malowała. Dziesięć razy mnie pytała, czy może założyć jakiś ciuch, przeglądała się w lustrze, a gdy ja jej mówiłam że jest okej, to ona zdejmowała to co miała na sobie, i zakładała coś innego. Około dziewiętnastej trzydzieści była już trochę zdenerwowana. Ja przyglądałam się jej żmudnym poszukiwaniom podirytowana. W końcu powiedziałam
- Clarie stop! Słuchaj kobieto opanuj się trochę. Bierz. - Podałam jej mój telefon. - I dzwoń po taksówkę, a ja ci wybiorę coś do ubrania.
Ta tylko pokiwała głową, i po chwili usłyszałam jej głos w przedpokoju...
- Tak... Taksówkę na Bridge Street.... tak tak...
Westchnęłam i zajrzałam do jej szafy. Praktycznie znajdowało się w niej niewiele, gdyż większa część była porozwalana wszędzie indziej. W końcu znalazłam jej coś odpowiedniego. Wybrałam granatowe jeansy, białą bluzkę z krótkim rękawem, do tego ciemniejszy sweterek do pępka w kolorze spodni, i czarne balerinki. Elegancko, ale z luzem.Poszłam w kierunku przyjaciółki z zamiarem pokazania jej co wybrałam, lecz wpadłam na nią w drzwiach. Spojrzała na to co trzymam w ręce, i wydyszała tylko
- Czemu sama na to nie wpadłam?! Idealnie!
^^^
Czytajcie, to co na górze. Proszę. Love Ya!
sobota, 21 lipca 2012
poniedziałek, 9 lipca 2012
5 - "My best friend"
Na miejsce doleciałyśmy w samo południe. Niby jeszcze cały dzień do nocy, ale musimy znaleźć jakiś nocleg. Przecież nie możemy spać pod Big Ben'em.
Już w samolocie postanowiłam, że pierwszym co zrobię po wyjściu z lotniska, będzie ruszenie do centrum w celu znalezienia jakiegoś niedrogiego hotelu. Cholera! Zapomniałam, że przecież muszę wstąpić jeszcze do kantoru - nadal miałam wyłącznie amerykańskie dolary, które tutaj chyba nie za bardzo mi się przydadzą.
***
Gdy już wyszłam z budynku, w którym mieścił się kantor, z garścią funtów, podeszłam do Clarie, która stanowczo broniła się, że chce poczekać na zewnątrz.
- Pomyślałam sobie, że de fakto nie wiem ile tu pobędę, więc wymieniłam wszystko.
Uniosła brwi.
- Dziewczyno, powiedziałam "pobędę" a nie "pobędziemy". Nikt ci tu ze mną nie każe siedzieć. - Powiedziałam trochę histerycznym głosem w jej kierunku.
- Bonnie... Nie zostawię cię tutaj. Samej w obcym mieście. - To samo mówiła w samolocie.
- Wiesz, że cię kocham? - Rzuciłam tylko w jej kierunku.
- Wiesz, że ja ciebie też? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Wyobraź sobie że wiem! No przecież... jak można mnie nie kochać?!
Zaśmiała się.
- Widzę że wrócił ci humor.
Miała rację. Na chwilę całkowicie zapomniałam o tym co się stało zaledwie dzień temu. Przypomniała. I znów otoczył mnie ból, i cierpienie.
- Tak. Ja... - Zaczęłam się jąkać. Oczy zaszły mi łzami. - Clarie..
- Chodź tu kochanie. - Przyciągnęła mnie do siebie, i mocno przytuliła. Rozpłakałam się na dobre w jej koszulę. Wiedziałam że cierpi razem ze mną. Byłam jej wdzięczna po raz setny, że mnie nie zostawiła. Była moją podporą w tym trudnym okresie. - Wiesz co Bonnie? Zabieram cię do Starbucksa. Jest tu niedaleko. Na wielgachnego shake'a. To ci na pewno poprawi humor, co?
Pokiwałam głową cała zapłakana, z rozmazanym tuszem do rzęs, i cieniem uśmiechu.
Szłyśmy powoli, ciągnąc walizki za sobą. Nagle zza rogu wyłonił się ogromny Starbucks. Mimowolnie uśmiechnęłam się. To było nasze miejsce. Tu zapoczątkowała się nasza przyjaźń, i to właśnie tu przychodziłyśmy gdy chciałyśmy się spotkać, lub poplotkować. Coś mnie jednak zastanowiło.
- Carie, powiedz mi skąd wiedziałaś że tu jest Starbucks? Przecież, o ile dobrze rozumiem jesteś tu po raz pierwszy? - Zapytałam marszcząc brwi.
- Ach to.. No wiesz. Jak ty siedziałaś w samolocie, i słuchałaś muzyki, to ja sobie googlowałam. Wiedziałam, że prędzej czy później nastąpi taki moment, że będziesz się musiała wygadać, więc sprawdziłam który jest najbliżej lotniska.
- Aha. - Pokiwałam głową, pchając drzwi kawiarni.Zbyt dobrze ją znałam, powinnam to przewidzieć.
***
- No więc... - Zaczęła Clarie. - Jakbyś jeszcze nie zauważyła, jesteśmy w Londynie.
- No wiem. - Powiedziałam z sarkazmem, popijając od czasu do czasu czekoladowego shake'a. - I co w związku z tym?
- Wiesz... no.. nie mówiłam wcześniej, bo widziałam że nie masz humoru, ale po tym chyba ci lepiej?
- Jezu Clarie, mów o co chodzi! - Podniosłam głos.
- Już, już... One Direction! - Na jej twarzy pojawił się ogromny banan.
- Co do cholery?
- No One Direction! Ten zespół o którym tyle ci..
- Już kumam. Nie zaczynaj znowu. Pewnie ich nawet nie ma tu teraz. - Wywróciłam oczami. - Są w jakiś Stanach czy gdzieś. To przecież "wielkie gwiazdy". - Zakreśliłam w powietrzu znak cudzysłowowia.
Prychnęła.
- Tak jasne. Wiesz! I tu cię zaskoczę, bo jak ty tak sobie "zbierałaś myśli", - Teraz to ona zrobiła palcami cudzysłów. - ... w samolocie to ja nie tylko Starbucks'a szukałam. I tak się składa, że akurat są w LONDYNIE.
- Jezus, nie krzycz. Nie jestem głucha. Słyszałam. - Byłam trochę zirytowana. Zresztą kto by nie był. W Stanach nawijała o tym całym boy's bandzie 24/7. Nie można jej było on nich oderwać. Na początku mi to nie przeszkadzało. Potem z trudem to znosiłam. W końcu trzeba znać umiar. - No i co z tego, że są tu? Pewnie odwiedzają rodzinę, czy coś. To się nazywa spotkanie prywatne. Pewnie mają dosyć fanek.
- A właśnie, że nie. W piątek odbywa się koncert charytatywny w Brent Cross*. I wystąpią tam właśnie.
- A ty mi to mówisz ponieważ...?
- Nie chcesz, żebyśmy poszły? - Zapytała.
Pokręciłam głową.
- Clarie. - Zaczęłam, odkładając łyżkę, i krzyżując ręce na piersi. - Nie widzisz w jakim jestem stanie? Moi rodzice nie żyją. Jestem załamana. - Łzy tak łatwo napływały mi do oczu. - Od parunastu godzin nie wiem co ze sobą zrobić. Cieszę się, że jesteś ze mną, ale... - Zakrztusiłam się łzami.
- Spokojnie, niepotrzebnie pieprze o tym całym One Direction. Powinnam cie teaz wspierać, a nie dopiekać. Pewnie myślisz że nie mam uczuć, albo co...
- Nie. - Przerwałam jej. - Wcale tak nie myślę, tylko... - Trudno mi było wydobyć z siebie głos.
- Rozumiem. - Powiedziała. Widziałam że jest jej przykro.
- Ale przecież mówię o sobie. Ty oczywiście idź. Ja cię nie zatrzymuję. Posiedzę sobie sama w pokoju, o ile znajdziemy jakiś hotel. Słyszałam że w piątek akurat leci "Titanic". Będę go oglądać setny raz i rozczulać się jakie to moje życie jest beznadziejne.
- Chyba zwariowałaś.
- Nie chcesz mnie zostawiać? - Zapytałam z nadzieją w głosie.
- Nie no coś ty! Nie o to chodzi. Wiesz.. Titanic to kultowy film. Nie przegapię takiej okazji, żeby go jeszcze raz zobaczyć.
Uśmiechnęłam się przez łzy, i dałam jej kuksańca w bok.
- Ej! - Ona też się zaczęła śmiać. - To prawda!
Poprawiła mi humor. Po chwili, jednak zapytała już poważnym tonem.
- Bonnie, a tak serio.. to może chodźmy już poszukać jakiegoś noclegu? Robi się ciemno.
No tak. Spojrzałam na duży okrągły zegar wiszący w rogu ściany na przeciwko. Dochodziła osiemnasta. Wypadałoby gdzieś znaleźć coś do spania.
- Okej. - Powiedziałam, po czym wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia.
No więc tak. Jakoś wyszło, i powiem Wam, że nie podoba mi sie ta notka. Jakbym mogła jeszcze coś w niej poprawić.
Przypominam też, że od niedawna, możecie każdy wpis oceniać, pod spodem.
* Brent Cross - Centrum handlowe w Londynie.
Buziaki,
//Berry
Już w samolocie postanowiłam, że pierwszym co zrobię po wyjściu z lotniska, będzie ruszenie do centrum w celu znalezienia jakiegoś niedrogiego hotelu. Cholera! Zapomniałam, że przecież muszę wstąpić jeszcze do kantoru - nadal miałam wyłącznie amerykańskie dolary, które tutaj chyba nie za bardzo mi się przydadzą.
***
Gdy już wyszłam z budynku, w którym mieścił się kantor, z garścią funtów, podeszłam do Clarie, która stanowczo broniła się, że chce poczekać na zewnątrz.
- Pomyślałam sobie, że de fakto nie wiem ile tu pobędę, więc wymieniłam wszystko.
Uniosła brwi.
- Dziewczyno, powiedziałam "pobędę" a nie "pobędziemy". Nikt ci tu ze mną nie każe siedzieć. - Powiedziałam trochę histerycznym głosem w jej kierunku.
- Bonnie... Nie zostawię cię tutaj. Samej w obcym mieście. - To samo mówiła w samolocie.
- Wiesz, że cię kocham? - Rzuciłam tylko w jej kierunku.
- Wiesz, że ja ciebie też? - Odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Wyobraź sobie że wiem! No przecież... jak można mnie nie kochać?!
Zaśmiała się.
- Widzę że wrócił ci humor.
Miała rację. Na chwilę całkowicie zapomniałam o tym co się stało zaledwie dzień temu. Przypomniała. I znów otoczył mnie ból, i cierpienie.
- Tak. Ja... - Zaczęłam się jąkać. Oczy zaszły mi łzami. - Clarie..
- Chodź tu kochanie. - Przyciągnęła mnie do siebie, i mocno przytuliła. Rozpłakałam się na dobre w jej koszulę. Wiedziałam że cierpi razem ze mną. Byłam jej wdzięczna po raz setny, że mnie nie zostawiła. Była moją podporą w tym trudnym okresie. - Wiesz co Bonnie? Zabieram cię do Starbucksa. Jest tu niedaleko. Na wielgachnego shake'a. To ci na pewno poprawi humor, co?
Pokiwałam głową cała zapłakana, z rozmazanym tuszem do rzęs, i cieniem uśmiechu.
Szłyśmy powoli, ciągnąc walizki za sobą. Nagle zza rogu wyłonił się ogromny Starbucks. Mimowolnie uśmiechnęłam się. To było nasze miejsce. Tu zapoczątkowała się nasza przyjaźń, i to właśnie tu przychodziłyśmy gdy chciałyśmy się spotkać, lub poplotkować. Coś mnie jednak zastanowiło.
- Carie, powiedz mi skąd wiedziałaś że tu jest Starbucks? Przecież, o ile dobrze rozumiem jesteś tu po raz pierwszy? - Zapytałam marszcząc brwi.
- Ach to.. No wiesz. Jak ty siedziałaś w samolocie, i słuchałaś muzyki, to ja sobie googlowałam. Wiedziałam, że prędzej czy później nastąpi taki moment, że będziesz się musiała wygadać, więc sprawdziłam który jest najbliżej lotniska.
- Aha. - Pokiwałam głową, pchając drzwi kawiarni.Zbyt dobrze ją znałam, powinnam to przewidzieć.
***
- No więc... - Zaczęła Clarie. - Jakbyś jeszcze nie zauważyła, jesteśmy w Londynie.
- No wiem. - Powiedziałam z sarkazmem, popijając od czasu do czasu czekoladowego shake'a. - I co w związku z tym?
- Wiesz... no.. nie mówiłam wcześniej, bo widziałam że nie masz humoru, ale po tym chyba ci lepiej?
- Jezu Clarie, mów o co chodzi! - Podniosłam głos.
- Już, już... One Direction! - Na jej twarzy pojawił się ogromny banan.
- Co do cholery?
- No One Direction! Ten zespół o którym tyle ci..
- Już kumam. Nie zaczynaj znowu. Pewnie ich nawet nie ma tu teraz. - Wywróciłam oczami. - Są w jakiś Stanach czy gdzieś. To przecież "wielkie gwiazdy". - Zakreśliłam w powietrzu znak cudzysłowowia.
Prychnęła.
- Tak jasne. Wiesz! I tu cię zaskoczę, bo jak ty tak sobie "zbierałaś myśli", - Teraz to ona zrobiła palcami cudzysłów. - ... w samolocie to ja nie tylko Starbucks'a szukałam. I tak się składa, że akurat są w LONDYNIE.
- Jezus, nie krzycz. Nie jestem głucha. Słyszałam. - Byłam trochę zirytowana. Zresztą kto by nie był. W Stanach nawijała o tym całym boy's bandzie 24/7. Nie można jej było on nich oderwać. Na początku mi to nie przeszkadzało. Potem z trudem to znosiłam. W końcu trzeba znać umiar. - No i co z tego, że są tu? Pewnie odwiedzają rodzinę, czy coś. To się nazywa spotkanie prywatne. Pewnie mają dosyć fanek.
- A właśnie, że nie. W piątek odbywa się koncert charytatywny w Brent Cross*. I wystąpią tam właśnie.
- A ty mi to mówisz ponieważ...?
- Nie chcesz, żebyśmy poszły? - Zapytała.
Pokręciłam głową.
- Clarie. - Zaczęłam, odkładając łyżkę, i krzyżując ręce na piersi. - Nie widzisz w jakim jestem stanie? Moi rodzice nie żyją. Jestem załamana. - Łzy tak łatwo napływały mi do oczu. - Od parunastu godzin nie wiem co ze sobą zrobić. Cieszę się, że jesteś ze mną, ale... - Zakrztusiłam się łzami.
- Spokojnie, niepotrzebnie pieprze o tym całym One Direction. Powinnam cie teaz wspierać, a nie dopiekać. Pewnie myślisz że nie mam uczuć, albo co...
- Nie. - Przerwałam jej. - Wcale tak nie myślę, tylko... - Trudno mi było wydobyć z siebie głos.
- Rozumiem. - Powiedziała. Widziałam że jest jej przykro.
- Ale przecież mówię o sobie. Ty oczywiście idź. Ja cię nie zatrzymuję. Posiedzę sobie sama w pokoju, o ile znajdziemy jakiś hotel. Słyszałam że w piątek akurat leci "Titanic". Będę go oglądać setny raz i rozczulać się jakie to moje życie jest beznadziejne.
- Chyba zwariowałaś.
- Nie chcesz mnie zostawiać? - Zapytałam z nadzieją w głosie.
- Nie no coś ty! Nie o to chodzi. Wiesz.. Titanic to kultowy film. Nie przegapię takiej okazji, żeby go jeszcze raz zobaczyć.
Uśmiechnęłam się przez łzy, i dałam jej kuksańca w bok.
- Ej! - Ona też się zaczęła śmiać. - To prawda!
Poprawiła mi humor. Po chwili, jednak zapytała już poważnym tonem.
- Bonnie, a tak serio.. to może chodźmy już poszukać jakiegoś noclegu? Robi się ciemno.
No tak. Spojrzałam na duży okrągły zegar wiszący w rogu ściany na przeciwko. Dochodziła osiemnasta. Wypadałoby gdzieś znaleźć coś do spania.
- Okej. - Powiedziałam, po czym wstałam i ruszyłam w stronę wyjścia.
No więc tak. Jakoś wyszło, i powiem Wam, że nie podoba mi sie ta notka. Jakbym mogła jeszcze coś w niej poprawić.
Przypominam też, że od niedawna, możecie każdy wpis oceniać, pod spodem.
* Brent Cross - Centrum handlowe w Londynie.
Buziaki,
//Berry
poniedziałek, 2 lipca 2012
4 - "Someone who will love me"
Ten rozdział dedykuję Susanne Styles, dzięki której wcześniejszy wpis i cały blog zyskał taką popularność. Komentarzy tez przybyło czy się bardzo cieszę.. :)
Weszłam na lotnisko pewnym krokiem. Rozejrzałam się dokoła załzawionymi oczami, gdy nagle jakiś starszy pan trącił mnie w ramię. Szedł w kierunku kas, i było widać po nim że się śpieszy. Nie zastanawiając się długo, poszłam z nim. Kolejka nie była długa, więc czekałam tylko chwilę. Po chwili przewał mi głos. Spokojny, opanowany.
- Przynajmniej wiesz gdzie lecimy? - Zapytała Clarie.
Nie odpowiedziałam. Już w kawiarni, gdzie poszłam aby jej wszytko wyjaśnić wiedziałam, że nie znam mety.
Wzruszyłam ramionami.
Pan przede mną chrząknął, i poprosił o bilet. Specjalnie zatkałam sobie uszy, żeby nie słyszeć dokąd leci.
Po chwili podeszłam do okienka, i powiedziałam.
- Ja poproszę dwa bilety na ten lot co pan przede mną.
- Czyli do... - Zaczęła.
- Nie. Proszę nie mówić, chcę aby to była... niespodzianka.- Powiedziałam z sarkazmem.
- Dobrze. - Powiedziała ekspedientka.
Podała mi bilety, na które celowo nie spojrzałam.
- Dziękuję - Mruknęłam, ciągnąc Clarie za sobą.
Po paru godzinach weszłyśmy do samolotu. Wszyscy pracownicy lotniska w Los Angeles byli mocno zdziwieni, gdy mówiłam, że nie chce aby zdradzali cel podróży. Pewnie uznali, że jestem jakąś wariatką.
Gdy tylko stanęłam na samym tyle samolotu, i miałam przed sobą z 20 rzędów czteroosobowych foteli, spojrzałam na przyjaciółkę. Wyglądała na mocno zaniepokojoną.
- Wszystko w porządku? - Zapytała.
- Jasne. - Odpowiedziałam oschle. Nie miałam ochoty rozmawiać.
Wgramoliłyśmy się do rzędu 15. Ja usiadłam przy samym oknie, po mojej lewej usadowiła się Clarie. Dwa miejsca obok niej pozostały wolne. Ale i je po chwili zajęła para zakochanych. Nie dużo starszych od nas. Mieli może z 25 lat? Może mniej.
Rozległ się głos z głośników.
" Uwaga pasażerowie! Dzisiejszy lot do Londynu może zająć około 10 godzin. Co godzinę, między fotelami będą przechodzić stewardessy z wózkami z napojami, i przekąskami.Życzę udanej podróży,
Kapitan"
No tak. Czyli Londyn. Tu akurat nie dało się poprosić, o nie wymawianie celu. Wiadomość, że to miasto z teoretycznie tym samym językiem, wywołała u mnie coś na kształt uśmiechu, który jednak znikł tak szybko jak się pojawił. Wcześniej trochę się bałam, że wyląduję w jakiś Chinach, lub w Rosji. Kompletnie nie umiałabym się porozumieć. A tutaj... chociaż inny akcent, to przecież podobne.
- Kochanie, na pewno wszytko okej? - Clarie się o mnie martwiła.
Pokręciłam tylko głową, i włożyłam słuchawki w uszy. Chciałam się całkowicie odciąć od wszystkiego. Od niej, od całującej się pary na prawo fotela przyjaciółki, od stewardess chodzących po przedziale.
I po raz kolejny przekonałam się, że muzyka działa na mnie jak balsam. Uspokajająco. Czułam się, jakby to co wydarzyło się w przeciągu dwóch ostatnich dni, nigdy się nie miało miejsca. Jakby rodzice nie zginęli.
Ciekawe co by sobie teraz pomyśleli. Ich córka, lecąca do Londynu, bez żadnej perspektywy do zamieszkania, z walizką, spakowaną na jeden dzień. To wszytko było na kocią łapę. Tak na prawdę, to nie wiedziałam co się stanie, gdy wreszcie wylądujemy.
Czy moje życie się odmieni? Czy jeszcze kiedykolwiek szczerze się zaśmieję? Czy będę miała dach nad głową? Czy Anglia jest tym azylem, którego tak rozpaczliwie poszukiwałam? - Te pytania mnie nurtowały, jednak na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
Czas pokaże, pomyślałam. Zamknęłam oczy, i wsłuchałam się w dźwięki Leave Me Alone, Micheal'a Jackson'a. Tak teraz tak jak on, chciałam być sama. Poukładać sobie wszytko w głowie. Miałam przeczucie, że tak jak w jego teledysku, lepiej zrozumiały by mnie zwierzęta, niż zwyczajni ludzie. Oczywiście, byłam wdzięczna Clarie, za to że mnie nie olała, i nie zostawiła, w tak dla mnie załamującym momencie, ale... To nie było to czego chciałam, nie rozumiałam, dlaczego Bóg zrobił mi coś takiego? Dlaczego odebrał mi całe moje życie? Czemu szczęście uleciało ze mnie jak z pękniętego balonika? Co to wszytko ma na celu? Czego mogę się przez to jeszcze nauczyć?
Spojrzałam na Clarie. Czytała jakiś modowy magazyn. Tak jak ja kiedyś bym próbowała, starła się jakoś zabić czas. Nie chciała mnie dręczyć pytaniami, wiedziała, że nie mam nastroju.
Po prostu była, i to mi wystarczało. Poczułam, że mam jeszcze na świecie kogoś, na kogo mogę liczyć.
//Berry
Weszłam na lotnisko pewnym krokiem. Rozejrzałam się dokoła załzawionymi oczami, gdy nagle jakiś starszy pan trącił mnie w ramię. Szedł w kierunku kas, i było widać po nim że się śpieszy. Nie zastanawiając się długo, poszłam z nim. Kolejka nie była długa, więc czekałam tylko chwilę. Po chwili przewał mi głos. Spokojny, opanowany.
- Przynajmniej wiesz gdzie lecimy? - Zapytała Clarie.
Nie odpowiedziałam. Już w kawiarni, gdzie poszłam aby jej wszytko wyjaśnić wiedziałam, że nie znam mety.
Wzruszyłam ramionami.
Pan przede mną chrząknął, i poprosił o bilet. Specjalnie zatkałam sobie uszy, żeby nie słyszeć dokąd leci.
Po chwili podeszłam do okienka, i powiedziałam.
- Ja poproszę dwa bilety na ten lot co pan przede mną.
- Czyli do... - Zaczęła.
- Nie. Proszę nie mówić, chcę aby to była... niespodzianka.- Powiedziałam z sarkazmem.
- Dobrze. - Powiedziała ekspedientka.
Podała mi bilety, na które celowo nie spojrzałam.
- Dziękuję - Mruknęłam, ciągnąc Clarie za sobą.
Po paru godzinach weszłyśmy do samolotu. Wszyscy pracownicy lotniska w Los Angeles byli mocno zdziwieni, gdy mówiłam, że nie chce aby zdradzali cel podróży. Pewnie uznali, że jestem jakąś wariatką.
Gdy tylko stanęłam na samym tyle samolotu, i miałam przed sobą z 20 rzędów czteroosobowych foteli, spojrzałam na przyjaciółkę. Wyglądała na mocno zaniepokojoną.
- Wszystko w porządku? - Zapytała.
- Jasne. - Odpowiedziałam oschle. Nie miałam ochoty rozmawiać.
Wgramoliłyśmy się do rzędu 15. Ja usiadłam przy samym oknie, po mojej lewej usadowiła się Clarie. Dwa miejsca obok niej pozostały wolne. Ale i je po chwili zajęła para zakochanych. Nie dużo starszych od nas. Mieli może z 25 lat? Może mniej.
Rozległ się głos z głośników.
" Uwaga pasażerowie! Dzisiejszy lot do Londynu może zająć około 10 godzin. Co godzinę, między fotelami będą przechodzić stewardessy z wózkami z napojami, i przekąskami.Życzę udanej podróży,
Kapitan"
No tak. Czyli Londyn. Tu akurat nie dało się poprosić, o nie wymawianie celu. Wiadomość, że to miasto z teoretycznie tym samym językiem, wywołała u mnie coś na kształt uśmiechu, który jednak znikł tak szybko jak się pojawił. Wcześniej trochę się bałam, że wyląduję w jakiś Chinach, lub w Rosji. Kompletnie nie umiałabym się porozumieć. A tutaj... chociaż inny akcent, to przecież podobne.
- Kochanie, na pewno wszytko okej? - Clarie się o mnie martwiła.
Pokręciłam tylko głową, i włożyłam słuchawki w uszy. Chciałam się całkowicie odciąć od wszystkiego. Od niej, od całującej się pary na prawo fotela przyjaciółki, od stewardess chodzących po przedziale.
I po raz kolejny przekonałam się, że muzyka działa na mnie jak balsam. Uspokajająco. Czułam się, jakby to co wydarzyło się w przeciągu dwóch ostatnich dni, nigdy się nie miało miejsca. Jakby rodzice nie zginęli.
Ciekawe co by sobie teraz pomyśleli. Ich córka, lecąca do Londynu, bez żadnej perspektywy do zamieszkania, z walizką, spakowaną na jeden dzień. To wszytko było na kocią łapę. Tak na prawdę, to nie wiedziałam co się stanie, gdy wreszcie wylądujemy.
Czy moje życie się odmieni? Czy jeszcze kiedykolwiek szczerze się zaśmieję? Czy będę miała dach nad głową? Czy Anglia jest tym azylem, którego tak rozpaczliwie poszukiwałam? - Te pytania mnie nurtowały, jednak na żadne z nich nie znałam odpowiedzi.
Czas pokaże, pomyślałam. Zamknęłam oczy, i wsłuchałam się w dźwięki Leave Me Alone, Micheal'a Jackson'a. Tak teraz tak jak on, chciałam być sama. Poukładać sobie wszytko w głowie. Miałam przeczucie, że tak jak w jego teledysku, lepiej zrozumiały by mnie zwierzęta, niż zwyczajni ludzie. Oczywiście, byłam wdzięczna Clarie, za to że mnie nie olała, i nie zostawiła, w tak dla mnie załamującym momencie, ale... To nie było to czego chciałam, nie rozumiałam, dlaczego Bóg zrobił mi coś takiego? Dlaczego odebrał mi całe moje życie? Czemu szczęście uleciało ze mnie jak z pękniętego balonika? Co to wszytko ma na celu? Czego mogę się przez to jeszcze nauczyć?
Spojrzałam na Clarie. Czytała jakiś modowy magazyn. Tak jak ja kiedyś bym próbowała, starła się jakoś zabić czas. Nie chciała mnie dręczyć pytaniami, wiedziała, że nie mam nastroju.
Po prostu była, i to mi wystarczało. Poczułam, że mam jeszcze na świecie kogoś, na kogo mogę liczyć.
//Berry
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)