piątek, 7 września 2012

11 - "But... Maybe"



O godzinie osiemnastej piętnaście wyszłam z domu. Pod Starbucks miałam jakieś 20 minut drogi. Specjalnie wyszłam trochę później. Nie chciałam, żeby chłopczyk sobie pomyślał, że mi zależy. Nie należę do łatwych, o mnie trzeba się postarać. Szczerze to nie myślałam, żeby z tego wyszło coś więcej. Traktowałam to jako jednorazową przygodę, coś co minie, i nie wróci.
Przechodząc przez Royal Street, spojrzałam na gmach mojego celu. Tak, to był zdecydowanie największy tego typu budynek w okolicy. Poznałam Scott'a po bujnej brązowolokowatej* czuprynie. Postanowiłam, że nie ujawnię mu się od razu. Potrzymam go trochę w niepewności.
Schowałam się za jakiś samochód, i obserwowałam chłopaka tak, by mnie nie widział. Patrzyłam, jak stoi i rozgląda się, co chwile zerkając na zegarek. Był ubrany w luźne szare rurki, czerwony t-shirt, i białe buty. W prawej ręce trzymał małą stokrotkę. Minę miał zaniepokojoną, i trochę smutną. Aż mi się go żal zrobiło. Wyglądał tak słodko, i postarał się.
Było za piętnaście ósma, a on nadal tam sterczał. W końcu o dwudziestej ostatni raz spojrzał na tarcze zegarka, i zwieszając głowę odwrócił się, i powoli odchodził. Wtedy wybiegłam zza samochodu, i podbiegłam do niego. Zasłoniłam mu oczy rękami. Zatrzymał się, i odwrócił.
- Myślałem, że nie przyjdziesz. - Powiedział, uśmiechając się. Odjęłam ręce od jego oczu, i spojrzał na mnie swoim nieziemskim spojrzeniem.
- No coś ty. - Odparłam z wielkim bananem na twarzy. - Nie mogłabym przegapić takiej okazji, na pyszną kawę.
Uśmiech zamarł na jego ustach, były takie seksowne.
- Żartuję głuptasie! Aha i dziękuję za kwiatek. - Powiedziałam wyjmując z jego spuszczonej dłoni małą roślinkę.
Teraz znowu się uśmiechnął. Szerzej. Podobało mi się to.
- Nie ma za co. Zapraszam, droga pani. - Podał mi elegancko łokieć, a ja chwyciłam go pod rękę.
Scott zamówił nam po latte, i wyszliśmy śmiejąc się.
- Chodź, chcę ci coś pokazać.

***

Staliśmy przed bramą do jakiegoś starego dworu. Scott pokazał mi jak wspiąć się na mów otaczający całą posiadłość. Niestety, ja i moja niezdarność postanowiłyśmy dzisiaj pokazać naszą naturę, i zeskakując z góry, przewróciłam się. Sctott natychmiast był przy mnie pytając czy nic mi nie jest, minę miał zmartwioną.
- Tak tak. Jest okey, spokojnie. - Podał mi rękę, a ja z ochotą przyjęłam pomoc.
Usiedliśmy na starej ławce, na wzgórzu. Patrzyliśmy na drzewa poruszane lekko wiatrem. Nagle chłopak splótł nasze ręce. Spojrzałam na to ze zdziwieniem, i popatrzyłam mu w oczy pytającym wzrokiem.
- Scott, co ty... - Zaczęłam, ale nie dał mi dokończyć.
- Bonnie, podobasz mi się. Od wtedy, kiedy niechcący wylałem na ciebie colę, i odwróciłaś się do mnie. Od wtedy, gdy pierwszy raz spojrzałaś w moje oczy. Wiedziałem, ze muszę cię mieć, że musisz być moja.
Szczerze, to mnie zatkało. Nie wiedziałam, co mam mu odpowiedzieć.
- Wiesz... - Popatrzyłam na swoje kolana. On podniósł moją brodę, żebym spojrzała na niego. -  Też nie jesteś mi obojętny.
W jego oczach dało się dostrzec wesołe iskierki szczęścia. Przybliżył swoją twarz do mojej. Powoli musnął moje wargi swoimi. To było bardzo przyjemne. Po chwili przyciągnął mnie do siebie bliżej, i oplótł mnie dłońmi w talii. Ja objęłam go za szyję, i włożyłam ręce w jego włosy. Całowaliśmy się długo i namiętnie.
Gdy końcu odrywając się od siebie, oboje ciężko dyszeliśmy.
- Jesteś cudowna. - Usłyszałam.
Nie odpowiadając tylko się uśmiechnęłam. Ty też, pomyślałam.



* - Wiem, że nie ma takiego słowa.. (:


+ Zobaczcie jak wygląda Scott:

1 komentarz:

  1. Świetny blog, masz talent, fajnie piszesz... ;)
    W wolnych chwilach zapraszam do sb
    http://niallandpatricia1d.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń